Bangkok, Tajlandia

Bangkok, Tajlandia, 26.08.2011r.

Bangk(taxi)Gang

Taksówka - Bangkok, Tajlandia

Taksówka - Bangkok, Tajlandia

– Miałeś szczęście, że wybrałeś moją taksówkę – zagadnął starszy Taj w łamanej angielszczyźnie, gdy ulokowałem się w samochodzie tuż po wyjściu z międzynarodowego lotniska Suvarnabhumi w Bangkoku. – Jak byś wybrał różowych, tych obok, to byś przepłacił. To źli ludzie są – zakończył szczęśliwy, że trafił mu się kurs do samego centrum. Dopiero teraz dostrzegłem, że w kolumnie taksówek, większość przybranych jest w żółto – zielone barwy korporacji „mojego” kierowcy, a zaledwie kilka, rozsianych gdzieniegdzie, przyciąga klientów wściekle różowym kolorem.

Wielokrotnie podczas krótkich pobytów w mieście, obserwując zatłoczone ulice, zachodziłem w głowę, jak jest możliwe, że tak duża ilość różnego rodzaju taksówek, ryksz i mototaksówek jest w stanie na siebie zarobić. Setki, tysiące korporacyjnych maszyn rozjeżdża się w sobie tylko znanych kierunkach. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu.

Typowy obrazek: jedna taksówka obok drugiej. Między nimi przedziera się rykszarz, wioząc o trzech turystów za dużo. Wyciska ze zdezelowanego silnika ostatnie obroty. W jaki sposób ten biznes się kręci? Jak to możliwe, że kierowcy nie wchodzą sobie w paradę?

Ulica - Bangkok, Tajlandia

Ulica - Bangkok, Tajlandia

Z korporacjami taksówkowymi Bangkoku jest jak z ligami piłkarskimi w Europie. Każda firma ma swoje barwy. Im bardziej charakterystyczne, tym lepiej. Każda posiada wiernych klientów, kusząc ich rabatami, zniżkami i dodatkowymi bonusami. W jednych taksówkach można bez ograniczeń palić papierosy. W innych proceder zakazany jest pod groźbą wyrzucenia z auta. „Żółto – zieloni” oferują dodatkowe nocne atrakcje z wizytami w najlepszych „salonach masażu” miasta na czele. Niebiescy zawiozą nawet nieprzytomnego z pijaństwa klienta pod dom i jeszcze odprowadzą do łóżka. Jedna z ciekawszych, nowowprowadzonych opcji w samochodach różowego przewoźnika to możliwość wybrania utworów muzycznych umilających podróżnemu przejazd. Każda korporacja walczy nie tylko o indywidualnych klientów. Prawdziwy zysk przynoszą koncesje z miejskimi hotelami i największymi restauracjami. Z tego też powodu miasto i jego mieszkańcy, tak jak fani piłkarscy, podzielili się na odrębne dzielnice. Gdzie królują „Niebiescy”, tam próżno szukać „Zielono – żółtych”. Jeśli natomiast zdarzy się, że jedni wjadą na teren konkurencji, oznaczać to może tylko dwie rzeczy. Pierwsza, że za kółkiem siedzi nowicjusz. Druga, że zaczęła się nowa, cenowa wojna między taksówkowymi gangami. Każda korporacja ma innego tajemniczego właściciela, któremu przyznawana jest przez miasto określona liczba pozwoleń na samochody. Gdy nie wiadomo kto zakłada nową firmę, najpewniej jest nim Chińczyk, który ma guanxi – sieć powiązań, kontaktów, „pleców” i dojść do władz miasta. Wszyscy taksówkowi bonzowie walczą o zyski i powodzenie na wszelkie możliwe sposoby. Często zdarza się, iż w obrębie dzielnicy, szczególnie tej dochodowej, podział stref wpływów przebiega wzdłuż jednej ulicy. Prawa strona różowa, lewa niebieska.
Kierowca różowy nigdy nie zaprzyjaźni się z niebieskim. Owszem będzie tolerował konkurenta na postoju w godzinach pracy. Zagadnie. Poczęstuje papierosem. Uśmiechnie się. Zapyta o coś niewinnie. Wymieni uwagi. Wszystko to jednak w myśl starej azjatyckiej zasady: Trzymaj się blisko swojego wroga i poznaj jego słabe strony, a zdobytą wiedzę wykorzystaj w odpowiednim czasie.

Rzeka - Bangkok, Tajlandia

Rzeka - Bangkok, Tajlandia

Podział miasta na taksówkowe gangi jest doskonale znany przeciętnemu Tajowi. Największe wpływy mają „Żółto – zieloni”. Dysponują najbardziej dochodowymi postojami, włącznie z parkingiem przy międzynarodowym lotnisku. Kto jest właścicielem korporacji? Lepiej zapytać, kto z nią sympatyzuje. Mundurowi – policja, wojsko, straż, ochrona budynków miejskich. Atut spory. Tym bardziej, że miastem rządzi policja. „Różowi”, to ulubieńcy „middle class” i chińskich przedsiębiorców. Też niezłe koneksje. Obrzeżne dzielnice dziesięciomilionowego miasta „podbijane” są od lat przez przedsiębiorców z Kraju Środka, którzy zakładają tam fabryki, hurtownie, punkty usługowe. Na koniec „Niebiescy”. Ci są najtańszy. Najłatwiej z nimi negocjować cenę, a zamawiani są najczęściej przez ludzi na dorobku, aspirujących do klasy średniej.

Nadzwyczaj dużą liczbę kierowców skupiają korporacje rykszarzy. Mimo że jest ich najwięcej, to w miejskiej hierarchii plasują się o szczebel niżej, niż taksówkarze. Przede wszystkim dlatego, że werbują w swoje szeregi biedaków, prowadzących zdezelowane, sprowadzane najczęściej z Indii trójkołowce. Cała rodzina kierowcy – biedaka składa się na pojazd, żeby ten mógł utrzymywać wielopokoleniową familię.

Stoisko - Bangkok, Tajlandia

Stoisko - Bangkok, Tajlandia

Na samym dole hierarchii znajdują się mototaksówkarze. Ludzie których los jest najtrudniejszy. Ciężko znaleźć w całym Bangkoku moto – kierowcę, który nie byłby uzależniony od betelu lub innego narkotyku. Pracujący po czternaście – piętnaście godzin dziennie w miejskim gwarze i duchocie, wykorzystują wolne minuty na sen przy motorach. Z przekrwionymi oczami, pomarszczonymi od trudów życia twarzami, rzucają się na każdą możliwą okazję przewiezienia kogokolwiek gdziekolwiek. Niedostatki finansowe rekompensują sobie dodatkowym zajęciem – dostarczaniem marihuany lub innych używek europejskim nastolatkom, bawiącym się w nocnych klubach Bangkoku.

– Pamiętaj przyjacielu. Tu jest moja wizytówka. Jak będziesz potrzebował transportu, to dzwoń. Ja albo ktoś z firmy cię odbierze i zawiezie wszędzie gdzie zechcesz – kończymy jazdę przed moim hotelem. – Aha, i byłbym zapomniał – dodaje – 500 bathów za kurs się należy.

Autor: Michał Futyra

Leave a Reply