Azjatyckie megalopolis – Kuala Lumpur, Malezja

Chcesz się spotkać w Bangkoku ze znajomymi na piątkowym obiedzie? Nie ma problemu, ale pamiętaj, że taka wyprawa potrwa cały dzień. Miejskie korki. Kilkukrotne przesiadki w komunikacji. Postoje na czerwonym świetle w trakcie przechodzenia przez ulicę.

Chciałbyś pospacerować po parku w Kuala Lumpur? Żaden problem. Wystarczy tylko wsiąść do kolejki wąskotorowej. Przejechać trzy przystanki. Przesiąść się do autobusu. Podjechać zaledwie trzy przecznice. A na koniec przebyć drogę dzielącą cię od parku czteropasmową autostradą i już jesteś na miejscu. Problem polega tylko na tym, że gdy dotrzesz na miejsce, przechodzi ci ochota na spacer.

Jest coś przerażającego w azjatyckich, miejskich molochach. Nie pozwalają swoim mieszkańcom nawet na odrobinę swobody. Wszystkie trasy wytyczone. Oznakowane. Wykreślone strzałkami i liniami. Kilka metrów wolnej przestrzeni przeistacza się w mgnieniu oka w nowy hotel, restaurację, czy blok mieszkalny. Słońce zasłaniają betonowe budynki uzbrojone w metalowe pręty zalane betonem. Nawet gdy próbujesz się zgubić, nie masz takiej możliwości. Przystajesz na moment, a za plecami słyszysz już życzliwy, nieznajomy głos: „Gdzie chcesz dojść? Jak mogę ci pomóc?”.

Nie dziwi fakt, że wielu młodych ludzi mieszkających w megalopolis Azji, nigdy w życiu, nawet na kilka dni nie opuszcza miasta. Tutaj mają wszystko. Najpierw kilka lat pod opieką rodziców bądź dziadków. Później szkoła. Studia. Praca. Śmierć. Nim się oglądną za siebie, całe życie przebiega w mieście. Zresztą po co mają szukać czegoś innego? Gdy potrzebują odetchnąć od miejskiego zgiełku, wybierają się w mniejszej lub większej grupie do oazy spokoju – centrum handlowego, serwującego zagubionym duszom pokoje wyciszenia. Z głośników słychać szum wody, śpiew ptaków, szelest wiatru. Łóżko wyłożone miękkim, pluszowym materiałem pozwala zapomnieć o wszystkich smutkach. Aha, jest jeszcze nadspodziewanie sprawna obsługa. Przyniesie zimną colę, uśmiechnie się szczerze, czasami nawet szepnie do ucha jakieś miłe słówko.

Ludzkie umysły pochłonięte myślami o pracy, zakupach, sprawach codziennych. Nawet ich wygląd świadczy o przywiązaniu do megalopolis. Nastolatki odgrodzone od otoczenia ogromnymi słuchawkami, z których leci ogłuszająca muzyka. Wpatrzone w swoje telefony najnowszej generacji, przenośne konsole gier lub ipady. Więcej szczęścia daje im wirtualny świat, w którym mogą być każdym. Więcej przyjemności czerpią ze zdobywania nowych poziomów doświadczenia swoimi internetowymi alter ego, niż obeznanie w świecie rzeczywistym, od którego przecież zależy ich przyszłość.

Dorośli nie mniej zagubieni, poszukują oddechu w używkach różnego rodzaju. Kiedy zapytałem w gronie tajskich znajomych, czy prawdą jest, że poziom samobójstw w kraju wzrósł porównywalnie do niechlubnej, japońskiej statystyki, potwierdzili zawstydzeni. Rodzice szukający ucieczki w szaleńczym tempie pracy. Sięgający co dzień po alkohol. Uciekający w zawodowe romanse lub trafiający do terapeutów.

Czemu się jednak dziwić, gdy wszystkie te azjatyckie molochy zatraciły własną tożsamość. Jedyne miejsca, w których można poczuć dawny ich charakter, to zapomniane przez wszystkich stare dworce kolejowe i autobusowe. Nieodwiedzane prawie przez nikogo miejskie biblioteki i najpodlejsze, podmiejskie dzielnice. Żyjący tam ludzie w swoich zniszczonych domach dawno temu wypadli poza nawias społeczny. Nie byli w stanie nadążyć za osławionym rozwojem i modernizacją Azji.

Często spotykam się z zarzutem, że podróżując po azjatyckich krajach, poszukuję tzw. „skansenów”. Świata, który minął i nigdy już nie wróci. Że nikomu nie mogę odmówić dobrodziejstw cywilizacji. Klimatyzowanych szkół. Domów wyposażonych w toalety. Czystych szpitali, czy nowoczesnych sklepów. Zgoda. Problem jednak polega na tym, że te zmiany dawno zamieniły się w chaotyczny pościg za nowoczesnością. Buduje się dziesięć nowych hoteli, ale nikt nie zadaje pytania, czy ktoś w nich będzie nocował. Liczy się ich nowoczesny styl i wygląd. Wyburza się ulicę sprzed dwudziestu lat nieodpowiadającą nowemu charakterowi miasta. I co w zamian? Rząd wieżowców, które równie dobrze co w Azji, mogłyby stanąć w każdym innym mieście świata. W megalopolis nie ma nic z prawdziwego, azjatyckiego stylu. Wszystkie są produktem masowym. Wszystkie mają odpowiadać globalnemu gustowi. I nie ma co tutaj kryć, że ten globalny gust jest nijaki i kiczowaty.

Autor: Michał Futyra

Leave a Reply