Piasek

Piasek (Wyspa Ko Phi Phi Don, Tajlandia)

Żółty piasek wdziera się do wnętrza wyspy na dziesiątki sposobów: na stopach turystów, kołach rowerów, oponach samochodów, niesiony wiatrem wiejącym od morza, w koszach niesionych przez lokalnych sprzedawców owoców i ryb, w łodziach przybijających do przystani. Wędruje w sierści bezpańskich psów i włóczących się samotnie kotów. Wypływa z kranów w kuchniach prowizorycznych jadłodajni i barów koktajlowych. Zbiera się w kątach budynków wzdłuż wąskich uliczek, na których otwarte na oścież sklepy zapraszają do wydawania pieniędzy z wizerunkiem miłościwie panującego króla Ramy IX. Powoli, ale z determinacją i zadziwiająco konsekwentnie zbiera się w szczelinach drewnianego podestu prowadzącego do wnętrza największego biura turystycznego na wyspie „Podwodny Zachwyt”. W środku kilkoro turystów krząta się nerwowo. Wybierają butle wypełnione tlenem. Przerzucają maski do nurkowania niechlujnie wrzucone do plastykowych koszy. Plątają się i potykają o gumowe rurki. Przymierzają różnokolorowe piankowe stroje. Prężą się przed wiekowym, dwumetrowym lustrem – jakby ryby ukrywające się pomiędzy koralowcami, marzyły o podziwianiu ludzkich olbrzymów albo jakby rekiny wybierały na obiad tych nurków, którzy niefortunnie założyli tego dnia stroje w kolorze khaki, a nie rubinowe.

Po godzinie przygotowań ruszają w kierunku plaży. Śmieją się, żartują, przekrzykują. Dźwigają w rękach ciężki sprzęt, zataczając się przy tym niemiłosiernie. Jeszcze tylko kilka betonowych stopni i cała drużyna zapada się w złocistym piasku. Przed nimi rozpościera się zapierający dech w piersiach widok. Gdzieś w oddali wystają ponad lustro wody wapienne skały porośnięte gęstą, egzotyczną zielenią. Pomiędzy nieregularnymi kształtami wzniesień, unoszą się białe mewy. Rozglądają się na boki. Zerkają to na wodę, to na drewniane bary „rozsypane” wzdłuż plaży. Skrzeczą przeciągle. Wypatrują łatwego łupu. Przy brzegu unoszą się łodzie, motorówki, żaglówki, kutry i jachty. Błękitne fale rozbijają się o kadłuby, zmieniając pozycję maszyn. Gdzieniegdzie na pokładach leżą rozleniwieni przybysze. Przyszli nurkowie zbliżają się do swojego środka lokomocji. Niespodziewanie „drużynowa” wrzawa i śmiech urywają się wpół zdania. Spoglądają spode łba na dwie łódki. Nie tego oczekiwali. Nie tak sobie wyobrażali ekskluzywną wyprawę na podbój morskich głębin. Przecież to są zwykłe drewniane łajby z wiekowymi silnikami, które pewnie zaraz się zepsują. No i do tego jakieś dziwaczne kolorowe wstążeczki i flagi na dziobie! Co to w ogóle ma być?! Zawracają i ruszają oburzeni z powrotem w kierunku „Podwodnego Zachwytu”. Obok „Viking Resort” i „Viking Resort II” pozostają jedynie zdezorientowani kapitanowie. Głaszczą czule sfatygowane, wysłużone drewniane burty. Wydają się uśmiechać i mówić do łodzi spokojnymi, kojącymi głosami: „A co oni mogą wiedzieć”.

Autor: Michał Futyra

Leave a Reply