Butelka

Butelka (Siem Reap, Kambodża)

Autobus khmerskiego narodowego przewoźnika wjeżdża na przedmieścia Siem Reap. Drogę pokrywa gruba warstwa kurzu, rozpylana w powietrzu przez pędzące koła samochodów i autobusów. Granica między jezdnią, a poboczem jest bardzo wyraźna. Zderzają się ze sobą dwa, skrajnie różne kolory. Czarna barwa asfaltu i nienaturalna wręcz czerwień ziemi. Z prawej strony wzdłuż drogi, lokalny hodowca bydła pędzi swoje stado na pastwiska. Upał panujący wewnątrz autobusu nie pozwala wciągnąć powietrza do płuc. Jakby miało swój własny, złośliwy charakter i robiło wszystko, żeby uprzykrzyć życie przybyszom. Zepsuta klimatyzacja warczy gdzieś ponad głową, wypluwając co jakiś czas chłodniejsze powietrze.

W pewnym momencie maszyna skręca w wąską uliczkę. Błotnista droga, rozmywana przez codzienne deszcze, robi się coraz bardziej nieprzejezdna. Głębsze dziury wypełnia woda, płytsze – błoto w słomkowym kolorze. Kilkanaście metrów dalej widać dworzec autobusowy, otoczony wysokim murem. Do ścian budynku, niby przytulone od zawsze, stoją stragany z różnokolorowymi, chińskimi przedmiotami. Na pierwszy rzut oka widać, że są jednorazowego użytku. Kupujesz tanią koszulkę, po kilku dniach pierzesz, suszysz i tniesz na szmaty do podłogi. I kupujesz kolejną.

Wokoło kręcą się dziesiątki ludzi. Większość z nich stanowią dzieci. Półnagie. Bose. Wysmarowane błotem. Niedożywione. Poruszają się wolniej, niż zazwyczaj dzieci w tym wieku. Stawiają dziecięce kroki w zwolnionym tempie. Wyglądają na bohaterów filmów niemych, oglądanych na dwukrotnie spowolnionej taśmie.

Dwuskrzydłowa, zakratowana brama wjazdowa na dworzec otwiera się powoli tuż przed autobusem. Zaraz po wjechaniu na plac, zamyka się z trzaskiem. Kiedy pierwsi ludzie wyłaniają się z wnętrza pojazdu, do bramy, przyciągnięci niby magnesem, podchodzą żebracy. Instynkt podpowiada im możliwość zdobycia czegoś przydatnego. Coś do zjedzenia lub ubrania, a w najlepszym przypadku kilka dolarów. Krzyczą. Przeciskają się jak najbliżej krat. Odpychają siebie nawzajem, aby zdobyć jak najlepszą „żebraczą pozycję”. Z tłumu wyłaniają się głowy, ręce, ramiona. Zbici w jedną masę poruszają się raz w lewo, raz w prawo.

Wzdłuż oczekujących na wyjazd z placu autobusów, kręcą się znudzeni kierowcy. Palą miejscowe papierosy „king size”. Nie zwracają uwagi na scenę, która odbywa się za bramą. To już nie jest ich rewir. A poza tym musieli widzieć ją setki razy i spowszedniała im do tego stopnia, że nawet panujący gwar i huk nie robią na nich najmniejszego wrażenia. Są jak umęczone chorobami i pasożytami stare psy, które od szczenięcych lat wałęsają się po tym samym wysypisku śmieci i nie zwracają uwagi na rosnące góry niepotrzebnych nikomu przedmiotów. Gdyby zagrodzić im drogę, cały śmieciowo – dworcowy wszechświat zawaliłby się im na głowy.

Wychodzę na parking przed dworcem. Tłum ludzi okrąża mnie i obserwuje. Ci, którzy znają angielski, są bardziej odważni. Mówią. Pociągają za plecak. Chwytają za rękaw. Poszturchują. Nagle na wprost mnie wyrasta jakby spod ziemi chłopiec. Nie może mieć więcej, niż dziewięć, dziesięć lat. Stoi i milczy. Jest zupełnym przeciwieństwem wszystkich wokół. Spokojnymi, dużymi, ciemnymi oczami patrzy na butelkę wody mineralnej, którą mam w ręce. Ubrany jedynie w szare spodenki i jeden but, dwa numery za duży. Podaję mu butelkę. Drugą wyciągam z plecaka i wciskam mu pod pachę. Kilkanaście metrów dalej, poza kręgiem otaczających mnie głów, czeka na niego ośmioro dzieci. Trzy dziewczynki i pięciu chłopców. Muszą być jeszcze młodsi, niż on. Kilka sekund później „grupowy delegat” wypełza z tłumu na czworakach. Podbiega do dzieciaków. Rzuca jedną butelkę dziewczynkom, a sam siłuje się z nakrętką drugiej. Chwyta obiema rękami i łapczywie pije wodę. Pojedyncze krople spływają mu po policzku. Zaschnięte żółte błoto na jego brodzie w kontakcie z wodą natychmiast czerwienieje. Reszta chłopców spogląda na niego niecierpliwie. Po kolejnych sekundach, spragnione wody dzieci, odrywają brutalnie chłopca od „źródła”. Zaczyna się regularna bitwa o kolejność w dostępie do czystej, butelkowanej w plastyku wody mineralnej…

autor: Michał Futyra

Leave a Reply