Cz.2. Eskalacja japońskiej agresji. Atak na Szanghaj. Masowe zbrodnie w Nankinie.

Podczas gdy Mandżuria stała się obiektem japońskiej eksploatacji, polityczny zamęt, jaki panował od dawna w Chinach, został ponownie wykorzystany przez Japończyków podczas tzw. incydentu na Moście Marco Polo 7 lipca 1937 r. Rzekome ostrzelanie japońskich wojsk na tym moście położonym nieopodal Pekinu dało pretekst do kolejnej japońskiej agresji. Większość historyków jest zdania, że i ten incydent został sfabrykowany przez wojska japońskie szukające pretekstu do ataku na centralne Chiny. Japońska armia dysponując ogromną przewagą w sprzęcie zajmowała kolejne chińskie miasta na północy kraju. Szanghaj w trakcie oblężenia został poważnie zniszczony wskutek nalotów. Ostatecznie miasto padło 11 listopada 1937 r., a wojska japońskie skierowały się na Nankin (Nanjing) – liczącą wówczas milion ludzi stolicę Republiki Chin.

Na początku grudnia 1937 r. japońska tzw. Armia Centralnych Chin była już na przedmieściach Nankinu. 9 grudnia japońskie dowództwo wystosowało propozycję, by miasto poddało się w ciągu 24 godzin. Japończycy do godziny trzynastej 10 grudnia nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Nie wiemy, czy dowodzący japońskimi siłami gen. Iwane Matsui poczuł się zlekceważony milczeniem Chińczyków. W każdym razie to on wydał rozkaz, by przypuścić zmasowany szturm na miasto. I choć mógł się czuć bezkarny, to i tak ten rozkaz i to, co po nim nastąpiło kosztowały go po wojnie stryczek. Po długotrwałym ostrzale z ciężkiej artylerii oraz ciągłych nalotach bombowych 12 grudnia broniące się jeszcze wojska chińskie wycofały się na drugi brzeg rzeki Jangcy. Część z nich porzuciła broń oraz mundury i skryła się wśród cywilów. Inni schronili się w zaprowadzonej wówczas Międzynarodowej Strefie Bezpieczeństwa. 13 grudnia japońskie hordy wkroczyły do Nankinu. Rozpoczęła się masakra jeńców wojennych i cywilnych mieszkańców. Była to jedna z największych zbrodni dokonanych przez wojska japońskie. Przypuszcza się, że śmierć poniosło wówczas od 50 tys. do 400 tys. ludzi, jakkolwiek ta druga liczba jest zapewne bliższa prawdy. Najczęściej mówi się o 300 tys. osób. Taka liczba widnieje też w nankińskim mauzoleum upamiętniającym pomordowanych.

Przez niemal 6 tygodni w mieście grupy zdemoralizowanych i podchmielonych japońskich żołdaków siały śmierć i grozę. Dowódcy japońscy nie wykazywali zamiaru położyć kresu rzezi, co czyni ich współodpowiedzialnymi za popełnione okrucieństwa. W pewnych przypadkach (dotyczyło to głównie wziętych do niewoli żołnierzy chińskich) egzekucje były zresztą przeprowadzone na wyraźny rozkaz przełożonych. Według niektórych źródeł wymordowano ok. 100 tys. chińskich jeńców wojennych. Większość z nich została rozstrzelana nad brzegami rzeki Jangcy, za pomocą broni maszynowej. Japończycy, by upewnić się, że jeńcy nie żyją, przebijali ich ciała bagnetami. Wrzucone do rzeki zwłoki płynęły z prądem aż ujścia Jangcy.

Mordy na chińskich jeńcach były dopiero preludium japońskich zbrodni w Nankinie. Szczególny wstręt budzi barbarzyńskie traktowanie chińskiej ludności cywilnej. Japończycy urządzali bestialskie „zawody” polegające na ścinaniu samurajskim mieczem głów pojmanych osób. Zdarzało się, że żołdacy ćwiczyli pchnięcie bagnetem, zarówno na żywych ludziach, jak i na zwłokach. Niezliczone rzesze ludzi uśmiercono poprzez spalenie lub pogrzebanie żywcem. Niekiedy grzebano ludzi tak, że wystawała tylko głowa i ramiona. Po to, by bezpańskie psy miały co jeść… Mało tego, każdemu normalnemu człowiekowi serce się kraje, gdy czyta o niemowlętach, którym japońscy ludobójcy roztrzaskali główki o mur…
Najeźdźcy, niczym kilka lat później sowieckie żołdactwo w Europie, dawali też upust niepohamowanej chuci. Według ostrożnych szacunków, Japończycy zgwałcili 20 tys. kobiet. Wiele kobiet stało się obiektem brutalnych gwałtów zbiorowych. Wśród Japończyków zdarzali się zboczeńcy, którzy nie oszczędzali nawet staruszek i małych dziewczynek. Wielokrotnie do zgwałceń dochodziło za dnia, często na oczach oniemiałych członków rodziny. Wykorzystane kobiety często były okaleczane lub mordowane. Aż trudno uwierzyć, że niektórym udało się uciec z łap japońskich zbirów.

Spadkobiercy samurajów „popisali się” nie tylko jako mordercy i gwałciciele, ale też jako rabusie. Rewidowali i okradali każdego przechodnia. Kto nie miał przy sobie niczego cennego, najczęściej był po prostu zabijany; wielkie miał szczęście ten, kogo tylko pobito i skopano. Na porządku dziennym były włamania do mieszkań i obrabowywanie ich. Nankin został doszczętnie splądrowany. Ponadto 1/3 zabudowań pochłonął ogień podłożony przez okupantów. Zdarzało się, że Japończycy zmuszali mieszkańców do wchodzenia na dachy domów, które następnie podpalali; kaci – niczym oprawcy z UPA lub ustasze – rechocząc słuchali krzyków ginących ofiar. Tłoczący się na drogach wylotowych z miasta uchodźcy byli ostrzeliwani przez japońskie lotnictwo.

Leave a Reply