Paczka z Chin

1.

Wróciła.

– Ziemia. – Uśmiechnęła się, gdy wyszła z samolotu. Lot z Pekinu do Warszawy i powrót do rzeczywistości, do domu na wsi, wydawał się nie mieć końca. Prawie omdlewając z wyczerpania, postawiła walizkę na podłodze. Rozejrzała się po domu. – Nie było mnie pół roku… – westchnęła, spojrzawszy na warstwę kurzu zalegającą na meblach.

***

Tydzień później ponownie stała się częścią tej ziemi. Wtłoczona w tutejszy rytm życia, zabrała się do przeczytania poczty. Dzień przeznaczony na korespondencję. Po półrocznej nieobecności pół wora listów wymagało niezwłocznego przejrzenia. Na początku w ich otwieraniu i czytaniu było coś fascynującego. Po kilku godzinach zapał ustał – Dość! – Jak oszalała poderwała się z fotela i wybiegła z domu. Był przyjemny, jesienny wieczór. Mieszkała z dala od cywilizacji. Najbliższa wioska leżała kilkanaście kilometrów dalej. Tutaj, na Wschodzie, gdzie jeszcze znajdują się miejsca nietknięte przez człowieka, odnalazła oazę spokoju.

Od powrotu z Chin malowała całymi dniami. Prości ludzie, mieszkający w wioskach odciętych od świata, bez dostępu do nowoczesnej techniki, stali się dla niej inspiracją. Li, który był nie tylko przewodnikiem, ale i jej przyjacielem, uchylił drzwi do magicznych i niepowtarzalnych miejsc. Wystarczyło wywołać jedno wspomnienie, a już widziała wszystko zupełnie tak, jakby była tam z powrotem. Planowała spisać zasłyszane legendy. Wiele z nich przypominało egzotyczne bajki lub fantastyczne opowiastki, wypełnione smokami, zombie i rozmaitymi jarmarcznymi przedmiotami, ale i tak nie przesłaniało to ich atrakcyjności dla kogoś takiego jak Karina.

– Paczka od Li! – podskoczyła z radości na widok małego, szarego pudełeczka nadanego z Chin. Przesłał kilka drobiazgów, których nie zdążyła znaleźć podczas pobytu. Teraz miała wszystko przed sobą. Poczuła iście dziecięcą radość. Rozcięła pudełko. Zawartość wyrzuciła na stolik. Rozkoszowała się i podziwiała. – Udało się! – Dawno nie była tak szczęśliwa jak tego wieczoru. Na jej twarzy zagościł promienny uśmiech

Przyglądała się rycinie, kiedy zza pleców dobiegł ją szelest. Potem usłyszała ciche chichotanie. Wrzasnęła. – Co do… – oniemiała. Spojrzała na rysunek. – Nie, nie… – kręciła z niedowierzaniem głową – to niemożliwe… – starała się znaleźć logiczne wytłumaczenie. – Jestem wykończona, śpiąca, przemęczona… – wyliczała w myślach z zawrotną szybkością . Nie pomagało. Nie zniknął. Zamykała i otwierała oczy, przecierała je i pocierała. – Jest. – postradałaś zmysły, kobieto…

Przed Kariną stało Coś…

2.

Pojechała do Chin na, jak to sama nazwała, poszukiwanie żyjących legend. Przygody i irracjonalne zdarzenia przyciągały ją jak magnes. Większość poprzednich wyjazdów była w istocie szaleńczymi espadami, podczas których Karina otarła się o niesamowite, niekiedy mrożące krew w żyłach zdarzenia. Kilkakrotnie zrobiło się gorąco i niebezpiecznie. Tym razem, w Chinach, zapowiadało się zupełnie inaczej. Aż do czasu…

Podróż i poszukiwania przebiegały przyjemnie i bezpiecznie. Miejscowi życzliwie przyjmowali Karinę, pewnie ze względu na Li. Przy Chińczyku każdy mówił więcej i chętniej.

O wiosce Dong usłyszała, podsłuchując rozmowę dwóch cudzoziemców w sklepie z antykami, w jednym z malowniczo położonych miasteczek, podobnych do Wenecji – Tongli. Zarumieniona, wśród setek maleńkich kanalików poprzecinanych setkami prześlicznych zabytkowych mostów, przybiegła z wieścią do Li. Jako chłopiec słyszał o wymienionym przez nią miejscu i wiążącej się z nim legendzie. Wierzył w opowieści jak wielu innych Chińczyków. Na ciele poczuł zimny dreszcz. To był lęk.

Zaintrygowana historią, postawiła na swoim. Po trzech dniach męczącej podróży, spoceni i spragnieni odpoczynku, dotarli na miejsce. Stali u wrót do doliny, w której leżała wioska Dong. W otoczeniu górzystego terenu, wijącej się wokół szczytów baśniowej mgły oraz roznoszącego się zapachu dziewiczej natury, udali się do znajdujących się w oddaleniu kilkuset metrów chat.

Mali, małomówni mieszkańcy wioski niechętnie patrzyli na obcych. Li próbował porozumieć się z miejscowymi. Po mimice twarzy nie mogła odgadnąć, jak wygląda perspektywa noclegu w dolinie. Spoglądając przez ramię, wolała nie myśleć, co zrobią, jeśli wieśniacy nie pozwolą zatrzymać się im tutaj na noc. Wzdychała, rozglądała się, nerwowo pocierała dłonią przedramię. Dwójka ciekawskich dzieciaków wyszła z jednej z chat, aby gapić się na nieznajomych.

W końcu Li podszedł do Kariny, wziął  ją za rękę i szeptem oznajmił:

– Pozwolili nam zanocować. – Poczuła ulgę. – Wyznaczyli jednak warunki… – Lekko się poruszyła. Nie rozumiała, co Li ma na myśli. Szeroko otwierając usta, już chciała powiedzieć kilka słów, ale przyjaciel nie pozwolił dojść jej do głosu. – Karino, nie będziemy spali w jednym pomieszczeniu, nie możesz nic mówić niepoproszona o głos. – Patrzył przed siebie, starając się celnie sformułować myśli w słowa i nie ominąć niczego, co przekazali mu mieszkańcy. – Jeśli w nocy usłyszysz hałas – patrzył kobiecie prosto w oczy – pod żadnym pozorem nie wychodź na zewnątrz, rozumiesz! – To nie była prośba, brzmiało jak rozkaz i nim było.

– Dlaczego? – Li spojrzał na przyjaciółkę. Znał ją od lat. Wiedział, że za chwilę spadnie na niego grad pytań. Uprzedzając Karinę, oznajmił:

– Nie dzisiaj. Pamiętaj. – Wydał się jej tak zabawny. Mówił ściszonym głosem, a brzmiało to jakby grzmiał.

– Postaram się dostosować.

– Nie postarasz się, a zrobisz to… – zobaczyła na twarzy towarzysza wstępującą złość. Wiedziała, że w takiej sytuacji lepiej nie dyskutować. Nie lubiła tego, ale jakakolwiek była przyczyna tej prośby, przystała na warunki.

Przespała może dwie, góra trzy godziny, kiedy zza cienkiej ściany chaty dobiegło wycie. Przerażona podniosła się z posłania. Nie mogła opuścić domu, obiecała. Rwało ją do wyjścia na zewnątrz, do zaspokojenia ciekawości. Ryk nie należał do człowieka – tego była pewna. Wymknęła się na dwór. Musiała. Przeraźliwe zimno owinęło ciało. Skuliła się. Stała kilka minut, oczekując, aż to coś, co wydawało z siebie nieludzkie dźwięki, pojawi się, wylezie z krzaków i stanie przed nią. Nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że w pewnych momentach igra z losem. Na jej szczęście nic się nie pojawiło ani nie poruszyło. Nic więcej nie usłyszała. Rozczarowana wślizgnęła się z powrotem do chaty, szczelnie okręciła kocami i usnęła.

Obudziły ją krzyki. Li kłócił się z jednym, z gospodarzy. Wybiegła i stanęła obok przyjaciela. Nawet nie patrząc na Karinę, popchnął ją na bok. Po kilku minutach gorącej konserwacji z wieśniakiem dołączył do niej. Spojrzawszy mu w oczy, zrozumiała, że jest wściekły.

– Obiecałaś…

– O co chodzi? – granie idiotki nie wychodziło jej najlepiej, ale potrzebowała chwili do  namysłu.

– Dokładnie wiesz, o co chodzi, Karino. – przeszywał ją wzrokiem. To było gorsze od stania przed sądem i oczekiwania na wyrok. – Dolina jest niebezpieczna… – nie zdążył dokończyć.

– Nie wiem, czy jest, czy nie, bo nikt łaskawie nie zechciał mi tego powiedzieć! – Li kipiał ze złości, a rzadko okazywał skrajne stany emocjonalne. Wszystko, co czuł, chował pod szczelną maską spokoju.

– Masz dzień. Jutro musimy odejść.

– A więc nie pognali nas… – ucieszyła się.

***

– Li – ścisnęła mu dłoń – po raz pierwszy od chwili, gdy przed laty zaczęłam podróżować po świecie, bywać w miejscach zapomnianych przez Boga, sądzę… – zawahała się na moment – że to, co tutaj się dzieje, jest po prostu niewiarygodne i przerażające. – Spojrzała mu w oczy. Przez dłuższą chwilę trwali w ciszy. – Słuchając tej starej kobiety przy ognisku oraz mając żywe wspomnienie ubiegłej nocy, czuję bolesne ukłucie w środku… – nie pozwolił jej dokończyć. Przyciągnął Karinę do siebie.

Tej nocy nie spała spokojnie. Coś waliło w okiennice, stukało w cienkie ściany chaty, to znowu jakby, siedząc pod podłogą, waliło w stare deski tak, że zmarłego by podniosło z grobu. Miała wrażenie, że lada moment dzikie zwierzę wedrze się do środka i pozabija wszystkich domowników. Przeżegnała się i przycisnęła do ściany. W chwilach strachu  okazywało się, że pamięta imię Boga i kilka modlitw, które szeptała pod nosem, błagając o oddalenie się nieznanej, złowrogiej siły. Na zewnątrz rozległ się donośny ryk, taki sam jak poprzedniej nocy. Przymknąwszy powieki, spróbowała, jako racjonalna osoba, odnaleźć się w sytuacji. Tym razem do jej uszy doszło tupanie, zupełnie jakby obok chaty przebiegało stado rozwścieczonych zwierząt. – Boże! Jak w tym filmie „Jumanji” z Robinem Williamem! Ktoś krzyczał słowa, których nie rozumiała. Zerwał się silny wiatr. Poczuła strach oblewający ciało falą zimna. Przez głowę przeleciała jej myśl, że za chwilę zobaczy niebo zamiast dachu. Dwójka, śpiących w tej chacie co Karina, dzieci płakała, starając się nie wydawać z siebie ani jednego dźwięku. Odwróciła od nich wzrok, aby rozejrzeć się wokół, kiedy ponownie coś walnęło w ścianę. Potem do chaty wślizgnął się nieprzyjemny zapach. Przytkała dłonią nos. Śmierdziało. Pod nogami dostrzegła mgłę. Nie dowierzała. – To jakieś czary? – Nikt jej nie odpowiedział.

Tak samo jak niespodziewanie się zaczęło, tak i odeszło. Czymkolwiek było.

***

– Więc chcesz mi powiedzieć – objęła dłońmi twarz Li – że słowa tej starej kobiety to prawda? – patrzyła mu głęboko w oczy. Na ich dnie skrywała się prawda. Rozmowa ze staruszką, której siwe włosy i zmarszczki na twarzy, oraz szacunek, jakim darzono ją w wiosce, mówiły, że widziała i przeżyła w życiu wiele. Gdy przysłuchiwała się kobiecie, doszło do niej, że są sprawy, które dla takich osób jak ona (pochodzących z nowoczesnego świata, świata techniki i nauki) nigdy nie będę zrozumiałe. Chyba, że doświadczy się ich na własnej skórze.

– Tak? – zapytał sucho.

– Chcę rycinę. – Li popatrzył na nią bezradnie.

Przed odejściem z wioski nie dostała tego, czego szukała. Nadal słyszała wycie wiatru, dudnienie wokół chaty i własne, rozbiegane myśli. Ponownie czuła smród i widziała unoszącą przed jej oczami mgłę… Nie miała jednak dowodów.

Na lotnisku w Pekinie ubłagała przyjaciela, aby wykorzystał wszystkie możliwe środki i zdobył dla niej to, czego tak zapragnęła.

3.

Trzymała ją w dłoniach. Legenda stała przed nią. Była żywa.

***

Rozpieczętowana paczuszka z wykaligrafowanymi chińskimi krzaczkami leżała na stoliku. Spod stosu porwanego papieru wystawało pióro i rysunek wykonany na pergaminie. Przedstawiał mitycznego stwora w leśnej kryjówce.

Wzięła rycinę w dłonie.

Na nieuchwytną chwilę  udała się w podróż w przeszłość. Wspomnienia zaprowadziły ją na statek. W dzieciństwie ojciec zabrał ją do Chin. Pamiętała długą i barwną opowieść o tym, że w Państwie Środka kończy się wiele szlaków handlowych (ten z rejonu Morza Kaspijskiego, birmański, wietnamski, a stąd wychodzą te do Niziny Mandżurskiej i okolic Szanghaju). Z ojcem przemierzyła wszystkie, w kilka lat od dnia, w którym usłyszała o ich istnieniu. Na wspomnienie o nim i pierwszych podróżniczych przygodach, zapachy, miejsca i ludzie powrócili jak żywi. Czuła obecność człowieka, który kilka lat temu zniknął w tajemniczych okolicznościach podczas jednej z wypraw. Usłyszała dźwięk dzwoneczków, był coraz silniejszy, donośniejszy, realniejszy. Wyrwała się z transu. Stała w pokoju. Wspomnienia odpłynęły. Wiatr targał włosy. Wpadł do pomieszczenia i chłostał wszystko na swojej drodze, mimo że okna były pozamykane.

Przeżywała coś nadprzyrodzonego, nieprawdopodobnego, pięknego, do tego momentu… Wiatr się wzmagał. Przybierał na sile i popchnął Karinę – padła na podłogę. Zapiszczała z bólu. Upadając, zraniła kolano. Szum w głowie stał się nieznośny, przenikliwy, oszałamiający. Opętał ją. Złapała się obiema dłońmi głowy. Wyła przeraźliwie, jak dzikie zwierzę. W trzaskach i odgłosach, których nie mogła porównać do niczego znanego, wyłonił się tunel. To nie była projekcja czy najlepszej jakości obraz wyświetlany z rzutnika na ścianie. Przed nią ukazało się prawdziwe wejście do jaskini. Mroczne i piekielne. Gdyby Dante urodził się w Azji i słyszał o nim, zapewne stałaby się ona inspiracją dla jego piekielnych kręgów. Pochyliła się do przodu. Przełknęła ślinę. Obejrzała się. Za plecami miała jedną część pokoju, a przed coś, o istnieniu czego nie mogła pojąć.

Lodowate ciarki niczym pchły skakały po ciele. To było wejście do tunelu. Ból głowy powrócił ze zdwojoną siłą i prawie zwalił ją z nóg. Do pokoju wdarł się kakofoniczny szum. Już wiedziała. To był Yao Guai i jego podziemne gniazdo. Powtórnie przełknęła ślinę. – Ja śnię… – W środku uczyła ukłucie. Mdlący zapach wypełnił pomieszczenie. Pod sufitem zalęgła się mgła o granatowym odcieniu. Podziemna kryjówka potwora znajdowała się na wyciągnięcie ręki.

Nie przypuszczała, że opowieść i to, co zaszło w Chinach, jest prawdą. Mimo zapewnień i słów Li o prawdziwości legendy i nocnych przejściach, sądziła, że w wiosce chciano ją nastraszyć jak każdego natrętnego obcego szukającego rewelacji. W głębi duszy śmiała się z zabobonów i przeróżnych form zasłyszanych opowiastek. Chciała je zawsze lepiej poznać, aby udowodnić wszystkim wkoło, a przede wszystkim sobie, że to tak zwane „aktywne kłamstwa”, czyli typ iluzji, która mami i czyni ludzi niczym więcej jak głupkami wierzącymi w opowieści bez pokrycia.

A teraz… Stał przed nią. Cuchnął i gapił się. Yao Guai. Wyobrażenie o nim nawet w małej części nie pokrywało się z tym, co musiał znieść jej wzrok. Tak – znieść. Według legend miał być zmutowanym niedźwiedziem. Wyglądał na bezwzględnego i okrutnego zabójcę. A jeszcze się nie poruszył… Jeśli rzeczywiście był zniekształconą formą pochodzącą od niedźwiedzia, to podobieństwo kończyło się na mordzie i w jakimś sensie na pazurach. Przypominały one bowiem raczej metalowe, grube i nadzwyczajnie długie igły. Ich widok sprawił, że wykrzywiła usta. Wyobrażając sobie ich użycie, poczuła przeszywający ból. Z cielska potwora ściekała maź. To ona wydzielała mdlący i wsiąkający we wszystko, co znajduje się w jego pobliżu, odór. Był kupą błotnistego, śmierdzącego gnoju. Stał w jej salonie. Przytkała nos.

Poruszył się. Wyrwany z otępienia powracał do świata żywych. Zaczął trząść się, ryczeć i powoli przysuwać się do Kariny. Z okien wyleciały szyby. Szkło rozsypało się, a po chwili odleciały ramy wciągnięte przez wir lub tornado, nie wiedziała, czym to dokładnie jest. Nie pochodziło ze świata ludzkiego. Na zewnątrz coś lub ktoś walił(o) w dom. – Jak w Chinach… – nigdy przedtem nie czuła tak wszechogarniającego ciało i umysł uczucia panicznego strachu.

Nagle jej uwagę przykuł rysunek. Ciągle trzymała go w dłoni. Ściskała pergamin z całej siły. Yao Guai musiał pomyśleć o tym samym co ona. Najprawdopodobniej po przejściu ze swojego świata do naszego nie był w stanie kontrolować swojego cielska. Potwór z legend i młoda kobieta wymieniali spojrzenia. Spoglądali to na siebie, to na rysunek. Zupełnie jakby postrzelił ją piorun. Poruszyła się. – A może o to chodzi! – poczuła, że ma szansę.

Zrobiła krok w tył. Obserwował ją niczym drapieżnik swoją ofiarę. Przełożyła pergamin z lewej w prawą rękę. Mutant podążył swoimi ślepiami za jej ruchem i tym, co mocno ściskała teraz w drugiej dłoni. Nie był jednak w pełni sił albo coś, o czym nie wiedziała, blokowało jego siłę. Inaczej zginęłaby szybko. – Mam cię! – Gdyby nie groza wisząca nad pomieszczeniem, podskoczyłaby i wrzasnęła z radości. Nie tylko mityczny potwór, ale i ona nie czuła się w pełni sił. Obezwładniona przez strach, wysilała się na każdy kolejny ruch. Mogła się mylić, ale nie miała nic do stracenia. Metr za nią stało biurko, a na nim leżało to, czego w tej chwili potrzebowała jak niczego bardziej w życiu. Powoli zrobiła dwa małe kroki w tył. Yao Guai podążył za nią.

Wtedy się stało.

Jak w filmach akcji, lewą ręką złapała zapalniczkę i szybkim ruchem podpaliła pergamin. Potwór ryczał. Rysunek płonął. Karina rzuciła się w kąt pokoju. Dłonie dygotały, zęby szczękały, ciało drżało. Mutant rozklejał się, wydzielając przeraźliwie ohydny odór i wydając nieprzyjemne dla uszu odgłosy. Po kilkunastu minutach po pergaminie został już tylko popiół. Istotę wciągnęła z powrotem wirująca ciemność. Błysnęło. Mgła spod sufitu jaśniała i jaśniała, a po chwili już jej nie było. Jaskinia zniknęła. Błysk. Światło. W pokoju zapanował porządek.

4.

Karina żałowała. Omal nie straciła życia, a jednak nie mogła pogodzić się z utratą tak cennego pergaminu.  Spaliła go.

– Gdyby był choć cień szansy, że Yao Guai nie zabije mnie lub nie wciągnie do tunelu… – Już myślała o tym, aby poprosić Li o zdobycie innego pergaminu…

Alicja Szulborska

Yao Guai (Yaoguai) – Yaoguai (妖怪 yāoguài) lub yaomo (妖魔 yāomó, dosłownie: „demon”), albo yaojing (妖精 yāojīng, dosłownie: „duch” lub „kusiciel”), jest chińskim określeniem na to, co zwykle nazywamy demonem. W większości znanych legend są to wrogie duchy zwierząt lub też upadłe istoty niebiańskie. Yao Guai związany jest z taoizmem. Jego celem jest nieśmiertelność uzyskana przez przebóstwienie (motyw spotykany w azjatyckich filmach, które zahaczają o praktyki taoistyczne).

@ Kopiowanie i rozpowszechnianie utworu bez zgody autorki zabronione.

Leave a Reply