Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny

„Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny”, Paul Theroux

Okładka "Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny"

Okładka „Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny”

Uwielbiam jeździć pociągami, i nie jest to wyłącznie sentyment z dzieciństwa związany z pierwszymi małymi podróżami, więc z wielką przyjemnością zabrałam się za lekturę książki „Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny”. Autorem jest amerykański podróżnik i pisarz, twórca znanej powieści „Wybrzeże Moskitów” (1981 rok), która trafiła do szerokiego grona odbiorców za sprawą filmowej adaptacji Petera Weira (1986 rok, w rolę szalonego wynalazcy Alliego Foxa wcielił się wówczas sam Harrison Ford). Słowem wstępu dodać należy jeszcze, że Theroux ma na swoim koncie imponujące ponad trzydzieści powieści oraz kilkanaście reportaży, które przyniosły mu prawdziwą sławę. Za „Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny” otrzymał nagrodę „Thomas Cook Travel Book Award”.

Cudzoziemca zawsze można zrobić w konia

Książka Therouxa to opasłe tomisko liczące 664 strony. Wielbicieli książek podróżniczych ten drobiazg nie powinien odstraszyć, bywa jednak, że niektórych takie gabaryty płoszą. Nie mnie. Tym bardziej, że sam początek opowieści jest elektryzujący, musiałam „wsiąść do tego pociągu”.

„Ogrom Chin zadziwia. Są właściwie jak świat, a nie zaledwie kraj. Swoje dominium Chińczycy nazywali Tianxia, „wszystko, co pod niebem”, a zwali je też Sihai, czyli „cztery morza”. Dzisiaj do Chin jeździ się na zakupy albo dlatego, że ma się wolny tydzień i pieniądze na przelot. W dodatku chińskie porzekadło, że cudzoziemca zawsze można zrobić w konia, działało na mnie jak płachta na byka. Zależało mi na tym, aby dotrzeć do Chin, nie odrywając się od ziemi. A potem chciałem na trochę zostać – w Chinach, przemierzając świat wzdłuż i wszerz.

Oczywiście wybrałem kolej. Przebywałem akurat w Londynie, a stąd nie ma lepszego sposobu jazdy do Pekinu. Współczesne relacje z podróży do Chin są jakieś rozstrojone, skażone tym nieszczęsnym połączeniem znużenia z bezsennością, które wynika z długiej podróży lotniczej. „Byliśmy tam tacy zmęczeni”, skarżą się ludzie wracający z Chin, zaspani łowcy widoków i okazji handlowych. Potrzeba odpoczynku może doprowadzić do szału w kraju, gdzie wszyscy tryskają energią. Przecież pierwsze, co się rzuca w oczy u Chińczyków, to ich krzątanina. Ta cywilizacja trwa już pięć tysięcy lat, a oni nadal dokądś gnają. Z ich dziejów wypływa i taki wniosek, że chyba nigdy nie wiedzą, kiedy się zatrzymać”[1].

Pociągiem przez Chiny

Nie wiem, czego inni poszukują w literaturze podróżniczej, mogę mówić sama za siebie. Lubię „podglądać” pisarzy-podróżników. Tego rodzaju podglądactwo jest przyjemne i pożyteczne (informacje i refleksje o danym miejscu), a i można wiele dowiedzieć się na temat osoby, która chwyciła za pióro. Bo zresztą jak napisał sam Paul Theroux „książka podróżnicza zawsze mówi więcej o podróżniku niż kraju, którego dotyczy”[2].

Podróż pociągiem, w którą zabiera nas amerykański podróżnik uzmysławia ogrom Chin, ale jest też całkiem sensowną próbą ogarnięcia tego jakże ogromnego kraju. Bo przecież tutaj w niecałą godzinę krajobraz może diametralnie się zmienić lub godzinami być niczym szare płótno; nudzić i zabierać radość z podróżowania koleją.

Choć Chiny rozwijają się w iście zawrotnym tempie można odnieść wrażenie, że uchwycony przez Therouxa ogólny obraz Państwa Środka i jego mieszkańców niewiele zmienił się przez lata (książka powstała w 1988 roku). Wystarczy przytoczyć takie refleksje pisarza o Chińczykach:

„Teraz wszyscy pragną świecidełek i zabawek, szczytem marzeń jest kolorowy telewizor, kamera, zegarek, magnetofon, lodówka, motocykl. Są chciwi i robią się bardzo nieuczciwi, nie ufają sobie nawzajem, kłamią”[3].

Co mi się podoba w snuci tej oto opowieści, to podzielenie się z czytelnikiem tym, jak to się zwykło mawiać: „co na sercu, to i na języku”. I tak pisarz momentami jest do bólu szczery i subiektywny. Czasem aż bezlitośnie szczery…

„(…) byłem przecież w ujarzmionych, zatrutych, beznamiętnych i żarłocznych Chinach, najbardziej ludnym i udomowionym kraju na świecie. Na widok dzikiego ptaka Chińczyk niezawodnie się oblizuje”[4].

W czasie podróży zagląda kobietom do torebek, wściubia nosa do szafek chińskich znajomych. Jakby tego mało podgląda młodą parę w przedziale podczas „ich nocy poślubnej”. Ze skrupulatnością zapisuje to, co czytają mieszkańcy Państwa Środka. Z pomocą chińskich znajomych tłumaczy teksty sloganów reklamowych i politycznych na ścianach budynków. Potrafi rozszyfrować wiele różnych rodzajów chińskiego śmiechu, tak!, tam ma on wiele ukrytych znaczeń. Wędruje do Harbinu, aby nie tylko podziwiać rzeźby z lodu, ale zmierzyć się z mrozem i poznać ludzi, którzy nauczyli się tam żyć. Zabiera nas na wycieczkę do Changshy, miasta Mao, które odkrywa już jako ducha dawnego miasteczka. Nie ucieka od tematu okaleczenia Lhasy przez Chińczyków i sprawy Tybetu.

„Trzeba zobaczyć Tybet, żeby zrozumieć Chiny. Każdy obrońca lub entuzjasta chińskiej reformy musi w jakiś sposób odnieść się do Tybetu, który wciąż jest ostrzeżeniem, jak okrutni, jak uparci i zachłanni, jak nieczuli potrafią być Chińczycy, prawdziwie wierząc, że niosą postęp”[5].

Nie omieszka przytoczyć, co jeszcze do niedawna Chińczycy myśleli o nas-obcych. Niektóre z tych rzeczy brzmią jak wypis z jakiejś książki fantastycznej…

„(…) wierzyli, że wiążemy się w pęczki, ażeby nie porwały na orły. Sądzili, że niektóre z naszych cudacznych społeczeństw składają się z samych kobiet, które zachodzą w ciążę od patrzenia n swoje cienie. Uważali, że mamy nosy jak mrówkojady. Że jesteśmy bardziej włochaci od małp. Że śmierdzimy jak trupy. Że pewien perforowany nasz rodzaj ma w piersi dziurę służącą do tego, aby jedni drugich mogli przenosić jak ryby nadziane na kij”[6].

Opisując ludzi i daleki kraj

Przedstawia również, albo przede wszystkim, wiele ciekawych sylwetek jego współtowarzyszy podróży (Chińczyków, Amerykanów, są i Polacy). Jak przystało na pisarza potrafi uchwycić bardzo indywidualne cechy i ujarzmić je w kilku słowach. Tak uwiecznia osoby, które razem z nim, gdzieś tam podczas tej długiej podróży, jechały pociągiem. Chwilami bywa naprawdę zabawnie. Momentami można się zastanawiać, „a gdybym to ja była w tym pociągu, jakby mnie zapamiętał…?”.

Szczególnie przez pierwszy etap podróży, gdy towarzyszy wycieczce, jawi się jako trochę taki pyszałkowaty pisarz ukrywający tożsamość. Przez cały czas dużo rozmawia z Chińczykami. Nie da się ukryć, że równie dużo czyta (m.in. „Kwiaty Śliwy w Złotym Dzbanie” czy „The Gobi Desert”). Jak Chińczycy pije dużo herbaty (najczęściej swoją ulubioną zieloną). Nie omieszka też stołować się chińskimi przysmakami.

Co szczególnie interesujące dla mnie, pokazuje na czym polega tzw. chiński paradoks. Czasem oto objawia się on jako zwykłe odczucie. To, co jest piękne dla Chińczyka, dla obcego będzie to zapewne brzydota czy kicz. Czasem jawi się to w postaci toalety postawionej w centrum jakiegoś malowniczego miejsca. A bywa też i namiętnością do burzenia zabytków, aby w ich miejsce postawić nowoczesne ohydztwa.

Z uśmiechem na ustach przywołuje dość zabawne specyfiki tradycyjnej medycyny chińskiej, w tym rozbrajające mnie pigułki na bezpłodność z hormonami uzyskanymi z moczu przekwitających zakonnic włoskich. Wskazuje na traktowanie mniejszości narodowych jako tych gorszych, często jako dzikusów. Odchyla rąbka tajemnicy filozofii życia przeciętnego Chińczyka, którą można streścić jako „Rób swoje, nie gadaj za dużo, nie zadawaj zbędnych pytań”[7]. Wielokrotnie podejmuje temat plucia przez Chińczyków…

Żelazny Kogut

 O dziwo zatłoczone i gwarne pociągi, często pełne najróżniejszych niespodzianek, nie zawsze tych miłych, nie odstraszają podróżnika. „Wsiadanie do chińskiego pociągu i wysiadanie z niego przypomina ćwiczenia przeciwpożarowe”[8]. Jest wręcz w pewnym sensie podekscytowany tymi wszystkimi sytuacjami mającymi związek z różnymi niedogodnościami podróży. Wszystkie pociągi, łącznie z tytułowym Żelaznym Kogutem (tie gongji) kursującym na trasie Pekin – Urumczu, nie były jedynie środkiem lokomocji, ale również środkiem do bliższego przyjrzenia się Chińczykom.

„Odniosłem wrażenie, że Chińczyk siłą rzeczy jest skazany na niesłychanie nudne życie i niewyobrażalnie monotonną pracę, na niemal niezauważalne przemknięcie wydeptanym szlakiem od kołyski po grób, i że właśnie dlatego nigdy nie jest szczęśliwszy niż podczas podróży koleją. Chińczycy uwielbiają zatłoczone przedziały, gwar rozmów, uwielbiają palić papierosy, siorbać herbatę, grać w karty i włóczyć się w kapciach po pociągu – zupełnie jak ja”[9].

Wbrew pozorom ta jakże opasła książka kończy się szybko, nawet nie spostrzegam, kiedy zostaje ostatnia strona i czas zakończyć wspólną podróż pociągiem przez Chiny z Paulem Theroux. Była to wciągająca lektura pełna szczerych do bólu refleksji o Chinach i Chińczykach. Przyjemnie spędzony czas, który kończę pewną refleksją… A może jeśli planujecie podróż do Chin i brak Wam na nią pomysłu, warto wziąć ten oto tytuł w plecak i ruszyć śladami amerykańskiego podróżnika, przekonać się na własne oczy „czy i jak” bardzo zmieniły się od tamtego czasu Chiny i Chińczycy.

 

Tytuł: „Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny”

Autor: Paul Theroux,

Wydanie: wyd. Czarne, Wołowiec 2015

 

Alicja Szulborska

 

[1] „Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny”, Paul Theroux, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, s. 13.

[2] Tamże, s. 571.

[3] Tamże, s. 221.

[4] Tamże, s. 463.

[5] Tamże, s. 657.

[6] Tamże, s. 376.

[7] Tamże, s. 540.

[8] Tamże, s. 197.

[9] Tamże, s. 197.

1 comment to Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny

Leave a Reply